W czerwcu 2016 wystartowała nowa wyprawa – tym razem na północ Rosji. Półwysep Kanin.

  • Wyjazd na 14 dni i 9 osób, więc sporo jedzenia i sprzętu.
  • Trzy auta (Patrol, Hilux wyczynowy i Hilux cywilny zabezpieczony folią).
  • Trasa: Polska, Litwa, Łotwa, Rosja – Moskwa, Miezeń u wrót Półwyspu Kanin, Archangielsk, Sankt Petersburg, Estonia, Łotwa, Litwa, Polska.

Litwa i Łotwa poszła tranzytem zupełnie bezproblemowo. Na granicy z Rosją niestety nie obyło się bez przygód. Okazało się, że można mieć tylko 50 kg „rzeczy” na osobę + samochód. Za „nadrzeczy” trzeba dopłacać w EUR, deklarować je w deklaracji celnej itd. Przy naszej ilość gratów to mógł być spory problem. Zaczęło się rozpakowywanie, liczenie, ważenie, zawracanie, potwierdzanie i ogólnie duże zamieszanie. W końcu sytuacja chyba przerosła wszystkich i ostatecznie po zablokowaniu przejścia przez nasze samochody i po ponad godzinie przepisywania / poprawiania / uzupełniania deklaracji celnych, jeden z nas złożył czynny żal, w postaci oświadczenia, że nie wiedział, że bagaż jest ograniczony, a reszta w drodze łaski naczelnika została wpuszczona do Rosji ze wszystkim jak staliśmy. Nie wyjaśniono nam okoliczności nagłej zmiany decyzji – mamy kilka hipotez ale to już temat na inną dyskusję.

Finalnie nic nie zapłaciliśmy i ku naszej nieukrywanej radości, nasza, bądź co bądź, zorganizowana grupa drivenfar.com, wjechała na teren Rosji w pełnym składzie i ekwipunku. I dobrze.

W pierwszej kolejności odwiedziliśmy Katyń.

Uznaliśmy bowiem, że to doskonała okazja aby zobaczyć to miejsce. Rzeczywiście skala robi wrażenie. Za każdym razem. Dalej pojechaliśmy na Rublowkę w Moskwie. Było już co prawda późno w nocy ale to nie przeszkadzało nam przetoczyć się po tym terenie. No trzeba przyznać, że niewiele tam widać z osławionych rezydencji miliarderów rosyjskich (więcej widać na google), głównie za sprawą 5 metrowych ogrodzeń z blachy. Jeździ się tam jak w labiryncie ale gdy zajechaliśmy do centrum handlowego wszystko było jasne. Oprócz wielu butików, na terenie centrum handlowego mieściły się piętrowe salony artykułów pierwszej potrzeby, głównie Ferrari, Bentley i tym podobne. Niektóre z nim miały nawet stałą ekspozycję pod gołym niebem. Warte zobaczenia.

Dalej Moskwa.

To jest potężne wrażenie. Niekoniecznie nadajemy się do wielkich miast ale będąc tam odwiedziliśmy plac Czerwony, Metro i….mamy to zaliczone. W Moskwie odebraliśmy jednego z naszych , który doleciał do ekipy samolotem i…. w drogę!

Z Moskwy udaliśmy się na północ. Stopniowo rozrzedzała się cywilizacja aż w końcu niemal zanikła. Przejechaliśmy grubo ponad 1000 km na północ, w międzyczasie zanikły również noce i pojawiły się komary aż w końcu, po kilku setkach kilometrów tarki (szutrowej drogi z permanentnymi poprzecznymi nierównościami) znaleźliśmy się na wysokości tundry. Zaczęły się rzeki, promy, mosty pływające i w końcu dojechaliśmy do miasta Mezeń.

Tam czekała na nas już straż graniczna, która zatrzymała nas na kilka godzin. Jakoś to zatrzymanie przeżyliśmy i po kilku godzinach składania zeznań, uzupełniania papierów i wypisywania mandatów zostaliśmy warunkowo wpuszczeni na teren miasta aby rozbić obóz i obejrzeć przypływ. To rzeczywiście było coś niesamowitego. Rzeka ta przybiera za sprawą cofki z Morza Barentsa kilka metrów w ciągu kilkunastu minut. Podobno to największy cykliczny przypływ rzeki na świecie….w Rosji jak coś jest duże, to najczęściej jest największe na świecie. Przynajmniej tak uważają Rosjanie. Tak czy inaczej było to coś rzeczywiście wyjątkowego.

Z Mezenia udaliśmy się do Archangielska.

Brzmi łatwo ale taka droga to znów kilkaset kilometrów tarki, po której nie wiadomo jak lepiej jechać: 20 km/h i z boku na bok czy już lepiej 80 km/h i niemal lecieć po wierzchu. W końcu poszło 80. Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Kurz był tak intensywny, że trzeba było się ostrzegać na CB, że z przeciwka jedzie samochód bo nie było nic widać.

Z Archangielska zajechaliśmy nad Morze Białe (po kamień) i dalej zjechaliśmy kolejne kilka stówek nad Jezioro Onega. Trzeba wiedzieć, że to jezioro, bo wygląda jak morze. Pływają na nim nawet kontenerowce. Nad Onegą, w zupełnej pustelni kila dni odpoczynku i dalej na południe nad wschodnie wybrzeże Ładogi. Tam ponownie biwak i offroad na łonie natury.

Stamtąd pojechaliśmy jeszcze z wizytą do Petersburga i do Stefana, naszego znajomego, u którego zawsze się zatrzymujemy. Spacer po Peterku, magnes na lodówkę i w drogę. Granica z UE, przystanek na meczyk z Portugalią w Tartu w Estonii – i do domu.

Po 14 dniach licznik nabił nam 6437 km.

Rosja? Zawsze chętnie.
No tak, ale co teraz? Gdzie tu pojechać? Może coś dalej…

Inne wyprawy:

Zaufali nam w podróży:

Partner projektu DRIVENFAR Round The World: