Spokojnie, to tylko awaria

Dotarliśmy do pierwszej od 900 km stacji paliw. Ceny były tam dwukrotnie wyższe niż średnie australijskie ceny, ale nie mając wyjścia, zatankowaliśmy samochody do pełna. Udaliśmy też do sklepu w wiosce Aborygenów, ale nie byliśmy aż tak głodni, żeby testować przeterminowane produkty.

Dalsza trasa wciąż męczyła nas wszechobecną „tarką” i lawirowaniem między wydmami. Problemy z temperaturą amortyzatorów również się nie skończyły, więc często trzeba było się zatrzymywać, żeby pozwolić im ostygnąć. Poodpadały nam śruby od dolnego sworznia. Naprawa zajęła nam raptem 5 godzin.

Chyba stajemy się w tym coraz lepsi! 😊

Stracony czas trzeba było nadrobić jazdą w nocy, co było nie lada wyzwaniem. Byliśmy po tym wyczerpani. Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę i zaczęliśmy dzień od kolejnej awarii. Tym razem w ruch poszedł agregat i spawarka. Naprawiliśmy zawieszenie ale straciliśmy koleje cenne godziny.

Wróciliśmy na trasę i po 2 godzinach odpadł nam zbiornik paliwa. Po kolejnej naprawie ruszyliśmy dalej. Ten teren jest naprawdę bezlitosny. Na tym etapie reagujemy już śmiechem i humorem zakładamy się o to, które auto tym razem się zepsuje. We wszystkich poddały się tylne amortyzatory, więc podjeżdżanie pod wydmy jest jeszcze trudniejsze.

Z lokalnych ciekawostek, warto wspomnieć tu o niewinnie wyglądających, drobnych suchych krzaczkach zwanych Spinifex. Przypominają pozwijaną trawę. Stanowią one ważny element ekosystemu wydm i są bardzo często spotykane również na wybrzeżach Afryki, w Azji i Nowej Zelandii. Dla nas to już dobrze znany wróg podwozia.

Kolejny poranek przywitaliśmy wymianą koła i ruszyliśmy w dalszą drogę. Jesteśmy w sumie bardzo dumni z tego, jak dobrze się przygotowaliśmy do tej szalonej podróży. Żadna z naszych dotychczasowych wypraw nie nauczyła nas tyle o samochodach. 😉

Translate SITE »