•  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Przeprawa promowa – konieczność czy chwila spokoju?

W naszych podróżach z oczywistych powodów nie sposób jest korzystać wyłącznie z dróg lądowych. Często więc jesteśmy zmuszeni przesiadać się do samolotu lub na prom i to właśnie promy mają swoją specyfikę, która okazuje się być bardzo ciekawym elementem podróżowania po świecie.

Zdarzało nam się płynąć razem z naszymi samochodami przez niewielkie rzeki w Rosji czy Skandynawii, w Rumunii, Turcji, na Kaukazie. Zdarzało się też pływać po Bałtyku i Zatoce Fińskiej, w odległej Australii ale zawsze były to raczej krótkie transfery będące tylko małym epizodem w podróży autem. W tym roku mieliśmy wyjątkową przygodę z promami. Płynęliśmy z Władywostoku do Korei Południowej (opływając Koreę Północną) i tam mieliśmy krótki stopover, który wykorzystaliśmy żeby pójść do miasta.  Następnie weszliśmy na ten sam prom by dopłynąć nim do Japonii i pojechać w dalszą podróż własnymi autami. Trzeba przyznać, że standard promu którym płynęliśmy był rzeczywiście średni ale to nas nie zrażało. Całość tej przeprawy trwała chyba ze dwa dni ale wrażenie było jakby trwała dużo dłużej.

Dostaliśmy 8-osobową kajutę bez łazienki

(była za to umywalka), bez okien ale z wentylacją na suficie (jak się później okazało to nie było bez znaczenia). Pomijając fakt, że jest nas dziewięciu to nie wyglądało to źle. Rejs rozpoczął się planowo więc po starcie rozpoczęły się wycieczki, żeby zobaczyć co w ogóle na promie się znajduje….i te wycieczki w zasadzie trwały do końca. Z nieznanych nam przyczyn wszelkie restauracje, sklepy, bary (choć nie było ich zbyt dużo) otwierały się w zupełnie nielogicznych godzinach. Były otwarte czasami tylko chwilę, nad ranem lub w ciągu dnia i po prostu nie sposób było złapać rytmu działania tych usług. Początkowo więc większość aktywności spędzaliśmy chcąc nie chcąc na czekaniu na otwarcie sklepu bądź na szukaniu czegoś innego. W końcu jednak każdy uznał, że to nie ma sensu i po pewnym czasie wszyscy byliśmy znów w kajucie.

Wśród dziewięciu osób zawsze ktoś śpi, wychodzi do toalety, myje się, szuka czegoś do jedzenia, do picia, opowiada jakąś historię…zawsze ktoś z kimś rozmawia. I tu dotykamy sedna sprawy.

Dziewięć osób w ośmioosobowej kajucie bez okien,

gdzieś w okolicach Korei Północnej po kilkunastu godzinach rejsu zachowuje się dziwnie. To było coś podobnego do turnusu na koloniach  gdzie jak pada deszcz to wszyscy siedzą w pokoju i wspólne skazani są na zupełny brak zajęć. Teoretycznie chwila oddechu, która jednak trwała godzinami stąd po pewnym czasie informacja, że ktoś znalazł prysznic była jak majowa jutrzenka! Natychmiast wszyscy byli gotowi do akcji. Po prostu był to efekt nudy jaką trudno sobie wyobrazić. Pół biedy w ciągu dnia bo można wyjść na zewnątrz i zrobić kilka zdjęć morza ale w nocy pozostawała tylko czasami otwarta restauracja z kartą zupek z torebki i nasza kajuta.

Trzeba pamiętać, że po środku morza nie ma zasięgu GSM, na samym promie nie ma wifi, a w kajucie nawet nie ma gniazdek do ładowania telefonów! Za 1 dolara można było zostawić w recepcji telefon z własną ładowarką 🙂 . Zbawieniem był nasz Garmin dzięki czemu można było wysłać SMS do domu czy dowiedzieć się o trzęsieniu ziemi w Osace.

Mijają kolejne godziny rejsu.

Te chwile spokoju przeradzają się więc w rodzaj Big Brothera tyle, że nikt nas nie podgląda. Jak wszędzie górę bierze natura podróżnicza i rozmawiamy na deckach z lokalesami,  dla których jesteśmy bardzo egzotyczni. Próbujemy ich jedzenia, częstujemy ich naszym ale oni kiedyś też idą spać… Po jakimś czasie my też zasypiamy. Okazuje się, że ci na piętrowych łóżkach marzną od wentylacji, a ci na dole nie mają czym oddychać…jest gorzej niż w namiocie. A do tego jest głośno. Towarzyszy nam wszechobecny hałas. Rano pojawia się Korea Południowa.

Po całym dniu na mieście wracamy na ten sam prom, do tej samej kajuty i zaczyna się od nowa. Spanie, gadanie, zupki z torebki, spacer po decku, spacer do samochodów (choć nie wolno), spacer pod pokład żeby pooglądać silniki (również nie wolno), gadka szmatka, mycie, spanie, zupki, spanie i kilka zdjęć morza. Na koniec jednak jest oczekiwana nagroda – Japonia. I całe w tym szczęście.

Dopłynęliśmy.

Nie chodzi nawet o to czy taka podróż jest męcząca. Bez przesady. Można się do tego przyzwyczaić, w końcu nic złego się tam nie dzieje ale zaskoczeniem dla mnie chyba było to, że taka podróż promem, choć długa i wydawałoby się egzotyczna, nadal w tym wykonaniu jest tylko i wyłącznie transferem z punktu A do B. Dobrze, że po drodze mieliśmy stopover w Korei bo naprawdę poza wewnętrznym sensem podróży samej w sobie, nie widziałbym żadnego innego. Oczywiście jak płyniesz rekreacyjnie z Talina na Alandy to masz naprawdę czym się zająć, a jak chcesz odpocząć to kładziesz się w cichej klimatyzowanej kajucie. Jeśli jednak decydujesz się na pływanie na trasie Władywostok – Korea – Japonia weź ze sobą notatnik, powerbanka, zatyczki do uszu i nastaw się na długie, niespotykane w naszym podróżowaniu nicnierobienie. To, rzecz jasna, jest chwila spokoju w tej gonitwie do celu ale ja chyba jednak wolę to nazwać konieczną chwilą przerwy przed dalszym ciągiem wyprawy.

 

szymon@drivenfar.com

Kuchnia po japońsku – nasza kulinarna podróż

Nastepny post
world money

Pieniądze na wyprawie- co zabrać i ile?

Nastepny post